Chciałabym podzielić się z Wami moim świadectwem z wyjazdu na Uwielbienie na Renie.
Już od samego początku miałam takie poczucie, że Pan Bóg bardzo pięknie przygotował ten wyjazd i krok po kroku mnie przez niego prowadził. Sama podróż minęła spokojnie i radośnie. Kiedy dotarłam na miejsce, okazało się, że hotel znajduje się w przepięknym miejscu, blisko rzeki Ren, z cudownymi widokami.
Wieczorem spotkaliśmy się w hotelu z osobami ze wspólnoty Kairos. Nie mamy możliwości spotykać się wszyscy tak często, dlatego tym bardziej cieszyłam się, że tym razem tak wiele osób zdecydowało się przyjechać. Chcieliśmy po prostu pobyć razem, zjeść coś i spędzić wspólnie trochę czasu.
I wtedy pojawiła się pierwsza przeszkoda.
Pani w hotelu początkowo nie zgodziła się, żebyśmy skorzystali z jednej z sal. Wszyscy staliśmy trochę bezradni i rozczarowani. Pomyślałam wtedy w sercu: Panie Boże, może taka jest Twoja wola. Może po prostu nie mamy tego wieczoru spędzić razem.
I nagle, po krótkim czasie, sytuacja całkowicie się zmieniła. Pani z recepcji zgodziła się, żebyśmy weszli do sali i mogli wspólnie spędzić ten wieczór.
Dla mnie był to taki pierwszy mały znak, że nawet kiedy czegoś nie rozumiem i wydaje mi się, że coś się nie uda, Pan Jezus może mieć już przygotowane inne rozwiązanie.
Spędziliśmy razem cudowny wieczór. Było jedzenie przygotowane przez nas, rozmowy, śmiech i po prostu dużo radości. Potem poszliśmy spać.
A ja następnego dnia obudziłam się z ogromną ciekawością. Wiedziałam, że czeka nas uwielbienie na statku. Byłam podekscytowana i zastanawiałam się: Panie Jezu, co Ty dla mnie przygotowałeś?
Od jakiegoś czasu miałam w sobie ogromne pragnienie, żeby naprawdę doświadczyć bliskości Pana Jezusa. Słuchałam czasami świadectw innych osób i zdarzało mi się myśleć: Dlaczego inni tak mocno doświadczają Boga, a ja mam w sobie taki chłód? Dlaczego u mnie nie dzieje się nic takiego?
Pamiętam też fragment Ewangelii, w którym Jezus jest ze swoimi uczniami w łodzi. Przychodzi burza, uczniowie się boją, a Jezus jest z nimi. W pewnym momencie Jezus ucisza burzę.
I chyba właśnie ten obraz łodzi był dla mnie bardzo ważny.
Bo kiedy weszłam tego dnia na łódź, nie wiedziałam jeszcze, że Pan Jezus pozwoli mi doświadczyć czegoś, na co tak długo czekałam.
Najpierw była Msza Święta. Ksiądz wygłosił piękne kazanie i miałam momentami takie poczucie, że słowa, które wypowiada, trafiają prosto do mojego serca. Byłam wzruszona, ale jednocześnie bardzo szczęśliwa.
A potem rozpoczęło się uwielbienie.
Była muzyka, gitara, śpiew, piękna pogoda, Ren, cudowne widoki i przede wszystkim ludzie, którzy razem uwielbiali Pana Jezusa.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego chyba nigdy nie zapomnę.
Pamiętam, jak czytałam w „Dzienniczku” św. Faustyny o jej doświadczeniach z Panem Jezusem. Pisała o tym, jak Jezus zalewał jej duszę i serce żarem swojej miłości.
I zawsze, kiedy to czytałam, zastanawiałam się: Jak to właściwie jest? Co człowiek wtedy czuje? Jak można poczuć miłość Pana Jezusa aż tak mocno?
Bardzo pragnęłam kiedyś tego doświadczyć. Chciałam, żeby Pan Jezus mnie dotknął, żebym mogła choć przez chwilę poczuć Jego obecność w taki sposób, o jakim czytałam u świętych.
I właśnie wtedy, na tej łodzi, podczas uwielbienia, Pan Jezus pozwolił mi doświadczyć czegoś, czego tak długo pragnęłam.
Poczułam ogromne ciepło i żar. To było takie niezwykłe uczucie, którego nie potrafię do końca opisać słowami. Wtedy od razu pomyślałam o św. Faustynie i o tym, co wcześniej czytałam w jej „Dzienniczku”.
Pomyślałam: Jezu, chyba właśnie teraz pozwalasz mi zrozumieć, o czym ona pisała.
To nie było już tylko coś, o czym czytałam. To stało się moim własnym doświadczeniem.
I wtedy poczułam ogromną wdzięczność, bo Pan Jezus odpowiedział na moje pragnienie. Pragnęłam, żeby mnie dotknął, chciałam wiedzieć, jak to jest poczuć Jego bliskość — i właśnie na tej łodzi tego doświadczyłam.
Miałam wrażenie, jakby Pan Jezus zalewał moje serce swoją miłością i zabierał ze mnie cały ciężar, który wcześniej nosiłam.
Nagle wszystko, co wcześniej mnie przygniatało — cały ból, troski, smutek i ciężar, który miałam w sercu — po prostu przestało mieć znaczenie.
Miałam poczucie, jakbym naprawdę była z Nim w tej łodzi.
Jakby Pan Jezus mówił mi:
Jola, jesteś tutaj ze Mną. Nie musisz się teraz niczym martwić. Ja jestem.
I ja naprawdę niczym się wtedy nie przejmowałam.
Była tylko ogromna radość, pokój i poczucie, że jestem kochana.
To było dla mnie niesamowite doświadczenie. Tak bardzo chciałam, żeby ten dzień się nie kończył. Chciałam, żeby ta łódź płynęła jeszcze długo, żebym mogła jeszcze dłużej być w tej obecności i uwielbiać Jezusa.
Osoby, które przyjechały ze mną i które mnie znają, później powiedziały mi: „Jola, jeszcze nigdy nie widziałam Cię w taki sposób. Wyglądałaś, jakbyś była w zupełnie innym świecie”.
I chyba rzeczywiście tak było.
Nie potrafię do końca opisać słowami tego, co wtedy przeżyłam. Wiem tylko, że Pan Jezus dotknął mojego serca w sposób, którego wcześniej nie znałam.
Przyjechałam na ten wyjazd z ciężarem, a wracałam z lekkością.
Przyjechałam z pytaniem, czy naprawdę mogę doświadczyć bliskości Jezusa, a wyjechałam z doświadczeniem, które do dzisiaj noszę w sercu.
I pomyślałam sobie wtedy, że może właśnie o to chodziło Panu Jezusowi — żebym zobaczyła, że On jest ze mną również wtedy, kiedy ja Go nie czuję.
Bo czasami w naszym życiu jest burza. Czasami mamy wrażenie, że Jezus śpi i nic się nie dzieje. Tak jak uczniowie w łodzi pytali, dlaczego Jezus nic nie robi.
A On był tam cały czas.
I może ja właśnie tego potrzebowałam się nauczyć — że nawet wtedy, kiedy wydaje mi się, że Boga nie ma albo że niczego nie czuję, On nadal jest w mojej łodzi.
Ten wyjazd pokazał mi, że Pan Jezus potrafi przyjść do człowieka dokładnie w taki sposób, jakiego ten człowiek potrzebuje.
Po uwielbieniu miałam nawet trochę smutku, że to już koniec. Wiedziałam, że muszę wrócić do codzienności, do swoich obowiązków i problemów.
Ale następnego dnia wydarzyło się jeszcze coś pięknego.
Spędziliśmy niedzielę razem jako wspólnota Kairos. Wspólnie przygotowaliśmy posiłek, jedliśmy, rozmawialiśmy i po prostu byliśmy ze sobą. I wtedy również czułam obecność Pana Jezusa.
Patrzyłam na tych wszystkich ludzi, na ich uśmiech, szczerość, radość i wzajemną miłość i pomyślałam, że naprawdę jesteśmy jak jedna wielka rodzina.
I chyba właśnie z tym wróciłam z tego wyjazdu.
Z przekonaniem, że Pan Jezus jest blisko.
Że On zna moje serce, zna moje ciężary i wie, kiedy potrzebuję Jego dotyku.
I przede wszystkim — że nawet jeśli czasami Go nie czuję, On nadal jest w mojej łodzi.
A ten jeden dzień na Renie pozostanie dla mnie takim szczególnym przypomnieniem, że jestem kochana przez Boga.
I mam ogromną nadzieję, że to doświadczenie nie będzie tylko pięknym wspomnieniem, ale że będzie mi przypominało w codzienności:
JEZUS JEST ZE MNA. JEZUS MNIE KOCHA.I NIE MUSZE BAC SIE BURZY , JESLI ON JEST W MOJEJ LODZI 😀
